13 LO w Szczecinie

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

12 stycznia odszedł nasz kolega, przyjaciel, nauczyciel języka polskiego, filozofii i etyki Jerzy Wojcieszak. Pracował w naszej szkole w latach 2000-2023. W tym czasie dla wielu był wzorem pedagoga, mistrzem słowa, wychowawcą wielu roczników młodzieży, opiekunem licznego grona finalistów i laureatów olimpiad przedmiotowych. Za swoje osiągnięcia był wielokrotnie nagradzany przez władze oświatowe i samorządowe.

Był postacią, którą zapamiętamy nie tylko z zamiłowania do literatury, filozofii, muzyki czy śpiewu, ale także z licznych cytatów i anegdot. Znany był też z zamiłowania do szeroko rozumianej estetyki. Jednak Jego największą pasją były rozmowy z młodymi ludźmi o sztuce, literaturze, kulturze oraz życiu. Z niezwykłą cierpliwością wprowadzał kolejne pokolenia uczniów w świat wielkiej literatury. Sprawiał, że lektury nie były jedynie obowiązkiem szkolnym, lecz zaproszeniem do dyskusji o wartościach i odpowiedzialności.

Dziś szczególnie mocno wybrzmiewa prawda, że polonista nigdy nie odchodzi całkowicie, bo zostawia po sobie coś trwalszego niż obecność –zostawia słowo, a ono raz zasiane w ludzkiej świadomość żyje dalej. Żegnamy Człowieka, który wierzył w moc tego słowa, a skoro słowo potrafi przetrwać śmierć, wierzymy, że i On pozostanie w naszych myślach i w sercach.

CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI!!

Pogrążeni w smutku nauczyciele i uczniowie ZSO nr 7

 

Jerzy Wojcieszak – wspomnienie

Poniedziałkowy poranek, tuż przed ósmą. Do budynku szkoły wchodzi młody mężczyzna w okularach. W płucach czuje jeszcze ciężar wypalonego przed chwilą papierosa, a w oczach wciąż odciskają się sprawdzane do późna klasówki. Na korytarzu mija kolejnych uczniów. Dzień dobry, dzień dobry. Chwilę później koleżanki i kolegów. Cześć, cześć, cześć. W pokoju nauczycielskim sięga po klucz do swojej sali i bierze głęboki wdech. Za chwilę zacznie się wydarzenie.

*** Przedwczesna śmierć prowokuje wiele pytań. Egzystencjalnych, metafizycznych, duchowych. Przyznajmy jednak, że te przychodzące jako pierwsze bywają dość prozaiczne. Na przykład: ile on miał właściwie lat? Dokładnie o tym pomyślałem, gdy dotarła do mnie informacja o niespodziewanym odejściu Jerzego Wojcieszaka. Jak udało mi się ustalić, w marcu obchodziłby czterdzieste dziewiąte urodziny. Gdy zaczynał pracę z moją klasą, miał więc trzydzieści dwa lata. Czyli dokładnie tyle, ile ja mam dziś. Trzydziestodwuletni nauczyciel. Mąż i ojciec. Okularnik i bezskutecznie walczący z nałogiem palacz. Zabrzmiało znajomo. Bo tak się składa, że obraz przywołany na początku tego tekstu pasuje zarówno do mnie dzisiaj, jak i do Jerzego Wojcieszaka – takiego, jakim poznałem go we wrześniu 2009 roku. Mogę więc spojrzeć na jego postać z dwóch stron: z jednej jak na swojego dawnego nauczyciela, z drugiej jak na starszego kolegę po fachu i – jakkolwiek pretensjonalnie by to nie brzmiało – współuczestnika podobnych życiowych doświadczeń. Nie mam pojęcia, ilu uczniów łącznie przewinęło się przez jego lekcje. Niemal ćwierć wieku pracy w szkole to solidny kawałek czasu. Każdy, kto miał okazję trafić pod jego skrzydła, zapewne zapamiętał go nieco inaczej. W tym krótkim wspomnieniu nie roszczę sobie więc prawa do przedstawienia całościowego portretu - zarysuję tu jedynie własną perspektywę. Zapraszam więc na chwilę do sali 208. Rząd pod oknem, trzecia ławka. To właśnie stamtąd, w latach 2009–2012, miałem okazję go obserwować. Jaki więc był w moich oczach i co zapamiętałem najbardziej?

*** Gdybym miał wskazać jedno słowo, które kojarzy mi się z Jerzym Wojcieszakiem, wybór byłby oczywisty – literatura. Literaturę studiował, o literaturze nauczał, z literatury nas odpytywał. Nie była ona jednak wyłącznie tym, z czego żył, lecz także tym, czym żył. Doskonale wiedział, że nie da się mówić o niej w ten sam sposób, w jaki inżynier opowiada o mechanice płynów. Do literatury miał stosunek emocjonalny i nie próbował tego ukrywać. Opowiadał nam o niej nie tylko jak nauczyciel uczniom, lecz także – a może przede wszystkim – jak czytelnik innym czytelnikom. Łatwo było wyczuć, których twórców podziwia, których uwielbia, których uważa za przereklamowanych, a których traktuje z pobłażliwością. Czasami z wypiekami na twarzy długo analizował jedną strofę wiersza, innym razem cały utwór kwitował drwiącym: „I o czym tu gadać?”. Przyznaję, bywało to również irytujące, zwłaszcza gdy jakiegoś autora ocenialiśmy odmiennie. Najważniejsze w jego myśleniu o literaturze wydaje mi się jednak to, że zawsze starał się robić to z odpowiednią szerokością spojrzenia. Pokazywał nam, że literatura jest częścią kultury, a kultura to coś więcej niż zbiór luźnych, niepowiązanych zjawisk, na które patrzy się w trybie „że dom, że Stasiek, że koń, że drzewo”. Pomagał nam przekraczać Tuwimowskie „widzenie oddzielne”, wprowadzając do rozmów o literaturze jej otoczenie historyczne i filozoficzne. Uczył nas zatem rzeczy fundamentalnej: tekst to nie tylko tekst, ale także kontekst. Ilekroć dziś sięgam po klasykę, licealne lekcje języka polskiego pozostają dla mnie jednym z tych kontekstów.

*** Jakim był nauczycielem? Myślę, że przede wszystkim ludzkim. To słowo pasuje do niego wyjątkowo dobrze. Jerzy Wojcieszak nie był bowiem beznamiętnym profesjonalistą zajmującym się produkcją olimpijczyków. Dał się poznać – jestem przekonany, że nie tylko mnie - jako człowiek z krwi i kości, ze wszystkimi konsekwencjami, jakie bycie człowiekiem ze sobą niesie. Mam wrażenie, że mieszały się w nim wszelkie możliwe opozycje: wielkoduszność i małostkowość, witalność i melancholia, empatia i surowość. Jak w prawdziwym człowieku. I jak w dobrze skonstruowanym bohaterze literackim zarazem. We mnie samym pozostawił całą gamę emocji – od sympatii i fascynacji po urazę i zawód. Z czasem do tych ostatnich zaczęło dochodzić coraz więcej zrozumienia, zwłaszcza gdy sam wszedłem niejako w jego życiowe buty. Dziś wiem, że obok pasji i poczucia misji musiał doświadczać także wypalenia i frustracji (kto spośród nauczycieli nie wie o czym mówię, niech pierwszy rzuci kredą). Coraz lepiej rozumiem, co miał na myśli, mówiąc: „Teraz powiem Państwu, jak wstrzelić się w klucz na maturze, a później pogadamy normalnie”. Jako nauczyciel wiem, czym kończą się próby bycia profesorem Keatingiem w systemie, który często wymaga bycia profesorem Bladaczką. Z kolei jako młody ojciec – którym i on wtedy był – wiem również, że gdy swoje dzieci ma się i w domu, i w pracy, cierpliwość nie zawsze bywa zasobem posiadanym w nadmiarze. Bardzo żałuję, że o tej wspólnocie doświadczeń nie będę mógł już z nim porozmawiać.

*** Ostatecznie zostają po nas tylko słowa i obrazy. Jeśli chodzi o słowa, niekoniecznie są to te najbardziej doniosłe i poważne - często raczej te pojawiajace się gdzieś na poboczu wspólnie pokonywanej drogi. „Upieczemy dwa paralelizmy na jednym psalmie”, „Słynne trzy razy K – koncept, kontrast, hiperbola”, „Pycha to mój ulubiony grzech”, „Ja lepiej czytam bez tekstu niż ty z tekstem”. Każdy z nas, jego uczniów, mógłby dorzucić tu własną garść Wojcieszakowych bon motów. Gdy zaś chodzi o obrazy, ja sam zapamiętam z pewnością charakterystyczną mimikę, niepodrabialny sposób przechadzania się po klasie, a zwłaszcza komiczne pozy będące reakcją na wygadywane przez nas czasami głupoty. Nie zapomnę również prozaicznego obrazka, który często można było zobaczyć z okna: Jerzy Wojcieszak perorujący o czymś na tyłach szkoły, w czasie przerwy na papierosa, palonego zazwyczaj w towarzystwie znanego wszystkim Trzynastkowiczom imiennika. Jest wreszcie jeden jeszcze obraz – znacznie świeższy, bo noszę go w sobie zaledwie od kilku dni. Cmentarz Zachodni w Szczecinie i tłum ludzi, którzy mimo trudnych warunków pogodowych przyjechali z różnych stron (nie tylko z Polski), by pożegnać ważnego dla siebie człowieka. Myślę, że właśnie ten obraz mówi o Jerzym Wojcieszaku najwięcej.

*** Żegnając człowieka słowa, nie sposób jednak zakończyć na choćby najbardziej adekwatnym obrazie. Ostatnie słowo musi należeć do słowa. Jakie więc powinno być to słowo? Na pewno nie wskoczę na ławkę, krzycząc: „Kapitanie, mój Kapitanie”. Mój polonista mógłby wybaczyć wiele, ale patosu nie wybaczyłby nigdy. Sięgnę więc po słowo proste i sprawdzone, choć coraz rzadziej chyba dziś używane. Dziękuję. Dziękuję, bo dzięki Tobie wiem, że dobry wstęp tekstu powinien być jak striptiz – musi zaciekawić, ale nie może od razu pokazać zbyt wiele. Dziękuję, bo nauczyłeś mnie, że obcowanie z literaturą to coś więcej niż wiedza o tym, jak miał na imię pudel Rzeckiego (choć o to, bym do dziś pamiętał, że miał na imię IR, również zadbałeś). Dziękuję, bo gdy sięgam dziś do klasyków literatury, nie czytam ich na kolanach, ale robię to stojąc i patrząc im w oczy. Dziękuję za lekcje porywające i te nużące. Za rozmowy serdeczne i burzliwe. Za wspólne żarty i spory. Za każdy uśmiech i grymas niesmaku. I wreszcie dziękuję za Twoje słowa, o których staram się pamiętać, gdy sam sięgam dziś po klucz do swojej sali: każda lekcja to wydarzenie.